Gdybyś tu był…

Niekiedy pojawiają się w naszym życiu takie – dłuższe lub krótsze – chwile, gdy jesteśmy jak, spoczywający od czterech dni w grobie, Łazarz. Nasz zapach bynajmniej nie przypomina fiołków… Grzech cuchnie – jak rozkładające się ciało Łazarza. A my żyjemy, udając niekiedy przed sobą, że jest nam w tym grobie dobrze.

Bywa, że wtedy ktoś – tak jak Maria i Marta o swoim bracie – opowiada o tobie Jezusowi: „choruje ten, którego Ty kochasz…”

I wtedy On przychodzi. Ze łzami w oczach. Tak bardzo rani Go grzech. Przychodzi, patrzy na to, co chore i zepsute, dotyka i wyciąga z ciemności grobu. A czyni to gestem pełnym czułości.

Bóg cierpi, gdy patrzy na mój grzech. Cierpi tak, że płacze nad moim grzechem.

Jak często myślisz o cierpieniu Boga, które wypływa z miłości?

Spróbuj dostrzec tę miłość, która nie brzydzi się twoim grzechem. Przeciwnie – leczy i ożywia to, co w tobie umarło.

Zdarza się, że myślimy tak jak Maria i Marta: „Panie, gdybyś tu był…” Nie umiemy dostrzec obecności Boga. A On jest. Blisko. I tylko czeka, byś był gotów Go przyjąć. Byś dostrzegł Jego nienarzucającą się obecność. Byś wreszcie zrozumiał, że sam siebie z grobu nie wyciągniesz, nie usuniesz kamienia z serca. Byś dostrzegł swoją bezradność i pozwolił Mu wkroczyć w swoje życie z miłością. Jesteś tym, który choruje, ale też jesteś tym, którego Bóg kocha tak mocno, że ryzykuje wszystko. Nawet powrót do miejsc, gdzie mogą Go odrzucić… nie przyjąć… nie zrozumieć… Jak Jezusa w Judei.

Nie bój się zajrzeć w miejsca, które są twoim grobem, twoją ciemnością. Zastanów się, co w tobie choruje i potrzebuje uzdrowienia, a potem pozwól Jezusowi dotknąć tych miejsc swoją miłością. Usłysz w sercu wołanie: „Wyjdź na zewnątrz…” Uwierz Jego miłości, zacznij kochać. Żyj w Nim i z Nim.

Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Jeśli ktoś wierzy we mnie, choćby umarł, żyć będzie (J 11, 25)