Boże Narodzenie już za nami. Zaczął się kolejny rok, a wraz z nim nowy etap drogi naszego życia. Być może snujesz już jakieś plany, tworzysz projekty, podejmujesz postanowienia. Ważne, aby Jezus ze swoją miłością był w tym wszystkim obecny, a doświadczenie spotkania z Nim wyznaczało dalszy kierunek twojej drogi. Aby nie był On jedynie dekoracją, dodatkiem potrzebnym do zorganizowania świąt, a one nie stały się jedynie okazją do wypoczynku, spotkań i prezentów. Tajemnica Jego Wcielenia i Objawienia powinna być motywem do pogłębienia drogi naszej wiary.

Czym jest wiara? Kiedy o tym myślę, przypomina mi się historia Trzech Mędrców poszukujących Zbawiciela. Ewangelia mówi, że przywędrowali ze Wschodu. Przebyli bardzo długi odcinek drogi od swoich domów aż do Jerozolimy. Szli za gwiazdą, która właśnie w tym mieście gdzieś im się zagubiła. Przyszedł kryzys. Nie wiadomo było, co dalej, w którą stronę iść. Zatrzymali się. Zaczęli pytać. Dali sobie czas. Właśnie tam, w Jerozolimie, szukali jakiegoś znaku. Później ktoś zgłębił Słowo i wskazał kierunek. Chociaż tak naprawdę nic nie było do końca jasne, nie wiedzieli, gdzie dotrą i kogo spotkają, to przecież i tak wyruszyli. Okazało się, że z Jerozolimy do Betlejem było już bardzo blisko. Zaledwie 10 kilometrów. Tam spotkali Jezusa. Tego, o którym wcześniej tyle słyszeli. Był malutkim dzieckiem. Każdy z nich zbliżył się do Niego i oddał mu pokłon. Wiedzieli, że spotkali Boga. Od tego, tak bliskiego, spotkania z Bogiem zaczęła się zupełnie nowa relacja, pojawił się nowy kierunek i nowa droga. Nie było już wątpliwości.

Bardzo często podobnie jest z nami. Najpierw przemierzamy ten długi odcinek. Ten właśnie, który Trzech Mędrców przywiódł do Jerozolimy. W pewnym sensie ktoś wówczas podejmuje za nas decyzje. Różne. Te ważne i te mniej ważne. W sprawach wiary i nie tylko. Rodzice postanawiają nas ochrzcić, posyłają na katechezę, zabierają na niedzielną Eucharystię. Zazwyczaj – choć przecież nie zawsze – tak właśnie bywa. W zupełnie naturalny sposób zaczynamy żyć tajemnicami wiary, choć czynimy to nie do końca świadomie. A potem przychodzi czas samodzielnych, dojrzałych decyzji. Często bywa jednak, że jak Trzej Królowie, tak i my docieramy do swojej Jerozolimy. W tym miejscu gubi się „jasność drogi”. Nic już nie jest pewne i nie bardzo wiadomo, co teraz robić. Pojawia się czas, gdy trzeba tej drogi zacząć samodzielnie i odpowiedzialnie szukać. Czasem przychodzi poczucie bezsensu, pojawia się znużenie lub rutyna, a niejednokrotnie inne, atrakcyjne rzeczy przysłaniają drogę wiary. Przychodzi taki czas „królewskiej Jerozolimy”, czyli okres, gdy jest zupełnie ciemno. Gwiazda znika tak jak Trzem Królom. Nie ma jej blasku i nie ma dokąd pójść. Problem polega na tym, że większość z nas w takim momencie przestaje szukać i zadawać pytania, gdzie On jest. Już nawet nie chcemy chodzić w te miejsca, do których udali się Trzej Królowie, czyli do świątyni, do kapłanów. Nie szukamy odpowiedzi w Słowie Boga. Nie pytamy nikogo. Ani tych, którzy mogą być autorytetem, bo żyją blisko Boga, ani tych, którzy o Nim słyszeli i dlatego drżą, tak jak Herod. Zniechęcamy się tuż przed dotarciem do celu. Gdy właściwie jest on już w zasięgu ręki. Czemu tak jest? Czemu nie mamy ochoty czy siły na poszukiwanie? W jaki sposób zaspokajamy, rodzące się przecież, tęsknoty serca? Czy aby nie jest tak, że wypełniamy je jakimiś banalnymi rzeczami, które nigdy nie są w stanie do końca zaspokoić naszego serca. A przecież ten czas, gdy jest tak pusto i ciemno – to właśnie moment na wiarę. Kiedy niczego nie można być pewnym, a trzeba wyruszyć. I to w zupełnie innym kierunku niż do tej pory.

Aby pójść tą nową drogą, aby ją odkryć i zdecydować, że to teraz moja ścieżka życia, trzeba najpierw spotkać się z Tym, który powołuje. Rozpoznać Go, pozwolić, by dotknął serca. Może zgodzić się, by zmienił perspektywę, z której dotąd patrzyliśmy na siebie, na innych ludzi, na świat? Może raz jeszcze popatrzeć na relacje, które budujemy? Popatrzeć z dystansem. Zapytać o nie Jezusa. Zobaczyć Jego oczyma. A może trzeba Mu zwyczajnie coś oddać; coś do czego byliśmy tak bardzo przywiązani, że aż nie pozwalało to nam rozwinąć skrzydeł i być naprawdę wolnymi? Trzeba Mu zaufać. Zaryzykować. Dać sobie czas. Spotkanie z Jezusem zmienia wszystko.

Najważniejsze, by znaleźć Jezusa tak bardzo osobiście, zacząć budować z Nim relację. Mieć dla Niego czas. Oddać w Jego ręce ster swojego życia. Jeśli się zdecyduje, zaryzykuje, On wtedy wskaże kierunek. Okaże się, że Betlejem jest bardzo blisko. A gdy już tam dotrzemy, wtedy wystarczy przed Nim stanąć. A On zdecyduje, co dalej. Tak niewiele potrzeba, żeby otrzymać wszystko. Najpierw trzeba w życiu odnaleźć żywego Boga.

A potem? Potem wszystko jest już inaczej. Bóg staje się tak bliski. On przyszedł do nas, łatwo możemy Go spotkać, tak jak Trzej Królowie, w Jezusie Chrystusie. Jest najważniejszy. Na początku bardzo istotne jest to, aby w ogóle chcieć Go odnaleźć. Zwłaszcza wtedy, gdy gdzieś się gubi kierunek lub inne rzeczy zaczynają świecić jaśniejszym blaskiem niż „gwiazda”, która oświetlała drogę do tej pory. Czasem taki trudny moment, takie zawirowanie w życiu jest potrzebne. Bywa, że wtedy rodzi się w sercu jakiś ból, ale on często pozwala nam dojrzeć. Jeżeli pojawia się taki czas, to znaczy że jesteśmy w dobrym miejscu. Najważniejsze jednak, by w tym momencie przetrwać, nie zniechęcić się. Trzeba przystanąć, porozglądać się, poczekać, zadać sobie może niewygodne i trudne pytania. To jest czas na „rozpoznanie terenu”. Warto w takiej chwili podzielić się tą rzeczywistością, jakimś swoim cierpieniem czy trudnym doświadczeniem z innymi zaufanymi osobami. Popytać ich, gdzie jest Jezus? Jak Go szukać? Trzeba – jak Trzej Królowie – zobaczyć, co jest napisane w Słowie Bożym. A Słowo mówi, że to On nas szuka. On był pierwszym, który ukochał. Ukochał tak, że oddał swoje życie. Sam powiedział: Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce (J 10,11). W tych słowach daje nam konkretną wskazówkę. Chce nam towarzyszyć i prowadzić. Wyrywa nas z egoizmu do miłości, z ciemności do światła, ze śmierci do życia. Kto wychodzi z egoizmu, w tym samym momencie rozpoznaje Jego głos. Kto kocha, usłyszy. Kto zdecyduje się na takie kroki, znajdzie drogę. Jest to droga wiary. Jeśli podejmie się taką decyzję, nawet może trochę w ciemno, z pewną dozą ryzyka, usłyszy się Jego głos w głębi swojego serca. Kiedy już uda się Go spotkać, przybliżyć się do Niego, doświadczyć Jego obecności, miłości i przebaczenia, wtedy On, podobnie jak Trzem Królom, pokaże drogę „powrotną”, czyli życiowe powołanie. To jest droga, na którą wzywa sam Jezus. Każdego indywidualnie. Po imieniu. Ważne, aby najpierw nie układać sobie tej drogi według własnych wyobrażeń, by nie wybierać samemu swojego powołania. Najpierw trzeba pytać o nie Jezusa. Mieć z nim szczerą relację, być z Nim w kontakcie. To właśnie z tej relacji miłości mają wynikać wszystkie wybory, decyzje. Nie warto zarzucać Jezusa od razu swoimi wizjami, projektami i planami. Kiedy się już jest z Nim, droga, którą dostrzegamy, jawi się najczęściej zupełnie inaczej niż dotąd nam się wydawało. To Jezus wzywa i posyła. Trzeba tylko dobrze rozeznać i znaleźć w sobie odwagę, by podjąć ostateczną decyzję.

(Józef Gwóźdź, Wołanie Boga, Wydawnictwo „Gotów”, Warszawa 2018)