(…) bo nie wiesz, co ci wybaczono

Wtedy sługa padł mu do stóp i prosił go: „Panie, okaż mi cierpliwość, a wszystko ci oddam”. Pan ulitował się nad owym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: „Oddaj, coś winien!” Jego współsługa padł przed nim i prosił go: „Okaż mi cierpliwość, a oddam tobie”. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego, widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego, wezwawszy go, rzekł mu: „Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?” I uniósłszy się gniewem, pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu nie odda całego długu. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu. (Mt 18, 26-35)

Tak bardzo lubimy mieć rację. Wiedzieć lepiej niż inni. Być najlepszymi, tymi z pierwszych szeregów, których inni cenią, darzą szacunkiem i kłaniają się w pas. No i jeszcze mówią o nas tylko dobrze. A jeśli tak nie jest? Jeśli  okazuje się, że nie mamy racji… nie jesteśmy najlepsi… nie wszyscy nas szanują, tak jak byśmy tego chcieli. Co więcej, mają zupełnie inne zdanie niż my. Co wówczas? Otóż wówczas stwierdzamy, że… trzeba walczyć o swoje. Bywa, że o tę rację się spieramy bądź zwyczajnie kłócimy do granic możliwości. Z żoną… sąsiadem… kolegą z pracy…  Po kłótni następuje zwykle cisza gniewu. Nikt do nikogo się nie odezwie, bo przecież „miałam//miałem rację”. I tak te spory trwają latami. A diabeł zaciera ręce, jego lodowy tron w naszych sercach jest coraz mocniejszy. Nikt do nikogo nie wyciąga ręki. Mijają jedne rekolekcje… potem drugie… Mijają jedne święta… potem drugie… A my stale milczymy. I w zasadzie nic się nie dzieje. Tylko serce stygnie… gaśnie miłość. Żal do drugiej osoby tkwi w nas i odwraca się przeciwko nam jak bumerang. Zabija naszą miłość. Niekiedy – poruszeni łaską skruchy – nawet próbujemy wybaczyć. Bywa, że w sercu coś drgnie, czujemy gotowość do wybaczenia, ale i tak nie rozmawiamy z tą osobą. „Wybaczam, ale… nie będę z nią rozmawiał”.  „Wybaczam, ale… nie chcę mieć z nią nic wspólnego”. Znasz te reakcje? I tak żyjemy niekiedy przez długie lata, nie umiejąc zdobyć się na przebaczenie z serca, a jednocześnie pobożnie powtarzamy Panu Bogu każdego ranka i wieczoru : „(…) i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy…”.

A Bóg mówi dzisiaj bardzo proste, jasne słowa: „Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?

Bóg chce nam wybaczyć wszystko, najgorszy grzech, najtajniejszy zły postępek, tylko prosi: „Przyjdź. Wybaczę ci, wszystkie twoje grzechy. Wszystkie. Nawet  te najgorsze, najbardziej wstydliwe. Daruję ci je”. Ileż to razy Bóg cierpliwie pochylał się nad twoim grzechem, obmywał go swoją krwią i cierpiał z powodu twej niewierności. I nigdy nie zmęczył się przebaczeniem. Stale czeka na ciebie…

A ty? Na ile jesteś podobny do Niego? Na ile potrafisz przebaczyć z serca swemu bratu? Potrafisz wybaczyć i nie chować urazy, nie pielęgnować „swojej racji”? Zrezygnować z niej. Mieć cierpliwość dla tej osoby, tak jak Bóg ma ją dla ciebie. Zajrzyj do swojego serca. Zobacz, co ono kryje. Kogo nie chcesz tam wpuścić? Czy kiedykolwiek tak uczciwie zajrzałeś do swojego wnętrza i zobaczyłeś, co zostało ci wybaczone? Co miłosierny Bóg obmył swoją krwią i uśmiercił na krzyżu, abyś ty żył?