Droga wiary

Ewangelia mówi, że Trzej Królowie przywędrowali ze Wschodu. Przebyli bardzo długi odcinek drogi od swoich domów aż do Jerozolimy. Szli za gwiazdą, która właśnie w tym mieście gdzieś im się zagubiła. Przyszedł kryzys. Nie wiadomo było, co dalej, w którą stronę iść. Zatrzymali się. Zaczęli pytać. Dali sobie czas. Właśnie tam, w Jerozolimie, szukali jakiegoś znaku. Później ktoś zgłębił Słowo i wskazał kierunek. Chociaż tak naprawdę nic nie było do końca jasne, nie wiedzieli, gdzie dotrą i kogo spotkają, to przecież i tak wyruszyli. Okazało się, że z Jerozolimy do Betlejem było już bardzo blisko. Zaledwie 10 kilometrów. Tam spotkali Jezusa. Tego, o którym wcześniej tyle słyszeli. Był malutkim dzieckiem. Każdy z nich zbliżył się do Niego i oddał mu pokłon. Wiedzieli, że spotkali Boga. Od tego tak bliskiego spotkania z Bogiem zaczęła się zupełnie nowa relacja, pojawił się nowy kierunek i nowa droga. Nie było już wątpliwości.

Bardzo często podobnie jest z nami. Najpierw przemierzamy ten długi odcinek. Ten właśnie, który Trzech Mędrców przywiódł do Jerozolimy. W pewnym sensie ktoś wówczas podejmuje za nas decyzje. Różne. Te ważne i te mniej ważne. W sprawach wiary i nie tylko. Rodzice postanawiają nas ochrzcić, posyłają na katechezę, zabierają na niedzielną Eucharystię. Zazwyczaj – choć przecież nie zawsze – tak właśnie bywa. W zupełnie naturalny sposób zaczynamy żyć tajemnicami wiary, choć czynimy to nie do końca świadomie. A potem przychodzi czas samodzielnych, dojrzałych decyzji.

I co dalej? W tym miejscu gubi się „jasność drogi”. Nie bardzo wiadomo, co dalej robić. Pojawia się czas, gdy trzeba tej drogi zacząć samodzielnie i odpowiedzialnie szukać. Czasem przychodzi poczucie bezsensu, pojawia się znużenie lub rutyna, a niejednokrotnie inne, atrakcyjne rzeczy przysłaniają drogę wiary. Przychodzi taki czas „królewskiej Jerozolimy”, czyli okres, gdy jest zupełnie ciemno. Gwiazda znika tak jak Trzem Królom. Nie ma jej blasku i nie ma dokąd pójść. Bardzo dużo ludzi w tym czasie, kiedy jest już tak blisko spotkania, na długie lata pozostawia sprawy wiary gdzieś na boku. Problem polega na tym, że większość z nas w takim momencie przestaje szukać i zadawać pytania, gdzie On jest. Już nawet nie chcemy chodzić w te miejsca, do których udali się Trzej Królowie, czyli do świątyni, do kapłanów. Nie szukamy odpowiedzi w Słowie Boga. Nie pytamy nikogo. Ani tych, którzy mogą być autorytetem, bo żyją blisko Boga, ani tych, którzy o Nim słyszeli i dlatego drżą, tak jak Herod. Zniechęcamy się tuż przed dotarciem do celu. Gdy właściwie on już jest w zasięgu ręki. Czemu tak jest? Czemu nie mamy ochoty czy siły na poszukiwanie? W jaki sposób zaspokajamy, rodzące się przecież, tęsknoty serca? Czy aby nie jest tak, że wypełniamy je jakimiś banalnymi rzeczami, które nigdy nie są w stanie do końca zaspokoić naszego serca. A przecież ten czas, gdy jest tak pusto i ciemno, to właśnie moment na wiarę. Kiedy niczego nie można być pewnym, a trzeba wyruszyć. I to w zupełnie innym kierunku niż do tej pory.

Najpierw trzeba znaleźć Jezusa tak bardzo osobiście, zacząć budować relację. Mieć dla Niego czas. Oddać w Jego ręce ster swojego życia. Jeśli się zdecyduje, zaryzykuje, On wtedy wskaże kierunek. Okaże się, że Betlejem jest bardzo blisko. A gdy już tam dotrzemy, wtedy –  jak pisze o. Joachim Badeni OP – wystarczy przed Nim stanąć. A On zdecyduje, co dalej. Tak niewiele potrzeba, żeby otrzymać wszystko. Najpierw trzeba w życiu odnaleźć żywego Boga .

A potem? Potem wszystko jest już inaczej.

Jest nowa droga. Aby ją odkryć i zdecydować, że to teraz moja ścieżka życia, trzeba najpierw spotkać się z Tym, który powołuje. Rozpoznać Go, pozwolić, by dotknął serca. Może zgodzić się, by zmienił perspektywę, z której dotąd patrzyliśmy na siebie, na innych ludzi, na świat? Może raz jeszcze popatrzeć na relacje, które budujemy? Popatrzeć na nie z dystansem. Zapytać o nie Jezusa. Zobaczyć Jego oczyma. A może trzeba Mu zwyczajnie coś oddać; coś do czego byliśmy tak bardzo przywiązani, że aż nie pozwalało to nam rozwinąć skrzydeł i być naprawdę wolnymi? Trzeba Mu zaufać. Zaryzykować.

Papież Franciszek zachęca: Zaryzykuj. Kto nie ryzykuje, nie idzie naprzód. «Ale jeśli się pomylę?». Błogosławiony niech będzie Pan! Większy popełnisz błąd, jeśli będziesz stał w miejscu (Przemówienie w Villa Nazareth, 18 czerwca 2016).